Wyszukiwarka
Gry wideo

Pierwsze wrażenia ze „Star Wars: Galactic Racer”

Pograłem wczoraj trochę w Star Wars: Galactic Racer. Będzie tak ze 4 godziny i dla mnie gra jest kozak! Bałem się powtarzalności i tego, że w kółko będzie trzeba latać po jednej trasie, żeby przejść dalej. Jednak twórcy zaproponowali formułę roguelite i sprawdza się ona znakomicie! Nie mogłem się od gry oderwać.

Nie tylko podracery

W Galactic Racer naszymi pojazdami nie są podracery znane z oryginalnego Star Wars: Racer. Choć można nimi polatać i to już zupełnie inna bajka. Natomiast w Galaktycznej Lidze latamy jednym z trzech typów pojazdów. Do dyspozycji mamy landspeeder, speeder bike i wymyślony na potrzeby gry skim speeder. Ten ostatni ma nam przypominać nasze ukochane podracery.

W wyścigach latam głównie landspeederem, ale w trakcie rozgrywki wykonujemy loty testowe, żeby zdobyć unikalne części do naszego pojazdu. Wtedy zasiadamy za sterami speeder bike’a lub skim speedera. Nie czuję dużej różnicy w ich prowadzeniu, poza sposobem wchodzenia w zakręty, bo to je głównie wyróżnia. Jednak to, jak prowadzi się nasz pojazd, w dużej mierze zależy od tego, jak go rozbudujemy w trakcie rozgrywki.

Podracer Sebulby w Galactic Racer

Kolejna próba, kolejny turniej

Cała rozgrywka w Galactic Racer skupia się właśnie na kolejnych próbach podchodzenia do turniejów, w których ścigamy się na różnych planetach, wykonujemy testowe loty i rozbudowujemy nasz pojazd, aby ostatecznie wziąć udział w eliminacjach do Galaktycznej Ligi. Co jest potem, nie wiem, bo jeszcze nie udało mi się tych eliminacji przejść.

W grze jest fabuła, choć muszę przyznać, że dość szczątkowa i na razie niezbyt interesująca ani angażująca. Szczerze mówiąc, kompletnie nic z niej nie rozumiem, a tym bardziej motywacji naszego bohatera. Jakaś tam historia jest, ale póki co nic mi nie zdradzili. Niemniej nie o fabułę w Galactic Racer chodzi, a o wyścigi, a te są świetne!

Pilot ze Star Wars Galactic Racer na zapleczu pilotów

Tras trzeba się nauczyć i ufać Mocy

Z minusów, poza szczątkową fabułą, muszę też wspomnieć o fatalnym wręcz oznaczeniu trasy. Nie mamy żadnej mapy, więc w trakcie wyścigu lecimy na czuja. A że nie zawsze wszystkie odnogi drogi są pozamykane, to zdarzyło mi się skręcić nie tam, gdzie trzeba. Przez to przegrałem wyścig, bo poleciałem w drugą stronę. Tras trzeba się nauczyć i potem ufać Mocy, że nie pomyli Ci się jedna z drugą.

Podsumowując: bawiłem się świetnie i chcę jeszcze!

Co myslisz? Daj znać w komentarzu!

Subskrybuj
Powiadom o
guest

0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze