Wyszukiwarka
Filmy

Moje wrażenia po seansie „Władcy Wszechświata”

Na seans filmu Władcy Wszechświata poszedłem z nostalgii. Jako dzieciak oglądałem He-Mana, miałem kilka figurek, ale moja styczność z tym uniwersum skończyła się gdzieś w wieku 13-14 lat. Od tamtej pory He-Man nawiedzał mnie głównie w memach, a niedawno także za sprawą filmu Masters of the Universe z 1987 roku z Dolphem Lundgrenem.

Nie będę więc udawał, że pamiętam wszystkie postacie, fabułę i zasady panujące na Eternii. Wręcz przeciwnie, przed seansem wielu rzeczy już raczej nie pamiętałem. Film jednak bardzo szybko odpalił we mnie nutkę nostalgii i z każdą minutą przypominałem sobie coraz więcej z uniwersum He-Mana.

NA POTĘGĘ POSĘPNEGO CZEREPU, MOCY PRZYBYWAJ!

Po piętnastu latach książę Adam wraz z Mieczem Mocy powraca na swoją ojczystą planetę, Eternię, żeby ocalić swój świat oraz rodzinę przed potężnym i okrutnym Szkieletorem. W zasadzie tyle wystarczy wiedzieć o fabule Władców Wszechświata, bo nie jest ona najmocniejszą stroną produkcji.

Po seansie odnoszę wrażenie, że fabularnie było tu raczej minimum potrzebne do tego, żeby pchać akcję do przodu. Mieliśmy zarys scenariusza, motywacje bohaterów i złoczyńców oraz całkiem dobrze poukładane sceny. Nie wiem jednak, czy to wszystko miało większy sens, bo kompletnie tego nie pamiętam. Byłem tak wciągnięty w to, co dzieje się na ekranie, że nie miałem czasu zastanawiać się nad logicznością wydarzeń.

Seans Władców Wszechświata obudził we mnie wewnętrzne dziecko, które nie zastanawiało się, czy wydarzenia pokazane na ekranie trzymają się kupy. Po prostu bawiłem się, śmiałem i wraz z bohaterami przeżywałem przygodę. Dlatego braku mocniejszego scenariusza nie traktuję jako wielkiego minusa. Oglądanie aktorskiego He-Mana było dla mnie podobnym doświadczeniem do seansu Dungeons & Dragons: Złodziejski honor. Nie myślisz, czy to ma sens. Bawisz się, bo ogląda się to świetnie!

„Władcy Wszechświata” to powrót do przeszłości!

Dużym plusem Władców Wszechświata jest to, że film nie próbuje być dojrzałym i ponurym fantasy, jak miało to miejsce w 1987 roku. Twórcy doskonale wiedzieli, co powinni zrobić z przygodami He-Mana, i moim zdaniem wyszło im to bardzo dobrze. Jest kolorowo, miejscami infantylnie, a czasem wręcz absurdalnie, ale właśnie dlatego to działa.

Przez cały seans czułem się jak dzieciak przed telewizorem w latach 90. Film zawiera też elementy doskonale znane z animacji, więc jeśli dobrze kojarzycie uniwersum Masters of the Universe, będziecie mogli poczuć się jak w domu.

Szkieletor
© 2026 Amazon MGM Studios Content Services LLC

Obsada naprawdę daje radę

Przed seansem dużo naczytałem się o klątwie Jareda Leto i o tym, że filmy z nim w roli głównej to niewypały. Nie ma co ukrywać, że czasem trafia na dość niefortunne produkcje, ale uważam, że jest dobrym aktorem i ma w swoim portfolio kilka bardzo dobrych ról. Myślę, że Szkieletor spokojnie może się do nich zaliczać.

Leto w roli groteskowego złoczyńcy wypadł znakomicie. Do ideału zabrakło mi tylko bardziej piskliwego głosu, bo taki Szkieletor kojarzy mi się zarówno z polską, jak i angielską wersją animacji.

Dobrze wypadł też Nicholas Galitzine jako książę Adam i He-Man. Wizualnie pasował mi do tej roli od samego początku, ale nie wiedziałem, jak sprawdzi się aktorsko. Ostatecznie bardzo spodobał mi się zarówno jako Adam, jak i He-Man. Miał fajną charyzmę i potrafił sprzedać przemianę z bardziej fajtłapowatej wersji w tę heroiczną.

Role drugoplanowe również wypadają dobrze. Camila Mendes jako Teela jest bardzo dobra, Idris Elba jako Man-At-Arms to czyste złoto, a Alison Brie jako Evil-Lyn była dla mnie sporym zaskoczeniem. Kompletnie nie widziałem jej w tej roli, a ostatecznie odnalazła się w niej zaskakująco dobrze.

Dużo akcji, dużo humoru

Fabuła może jest dość nijaka, ale film oferuje sporo akcji i humoru. Żartów jest dużo, choć nie są one wysokich lotów. Są proste i infantylne, ale pasują do konwencji filmu opartego na kreskówce. Wielokrotnie śmiałem się na głos, a przez większość seansu siedziałem po prostu z bananem na twarzy.

Film nie stara się być poważny. Powiedziałbym nawet, że gdy pojawiają się bardziej poważne elementy, są to słabsze momenty produkcji. Kilka takich scen było.

W trakcie oglądania Władców Wszechświata czeka na nas sporo efektownych walk, które są naprawdę dobrze zrealizowane. Pod koniec seansu, w trakcie finałowej walki, stwierdziłem nawet, że pod względem scen akcji produkcja mocno przypomina kino Marvela. Choreografia jest bardzo dobra, a muzyka świetnie dobrana do tego, co dzieje się na ekranie. Myślę, że dlatego kompletnie nie zwracałem uwagi na fabułę. Po prostu byłem wciągnięty w akcję.

Kolory, kostiumy i przyzywanie mocy

Wizualnie produkcja wygląda dobrze. Jest kolorowa, mocno nasycona i wręcz bajkowa, przez co ewentualne niedoróbki CGI nie rzucają się tak bardzo w oczy. Przy bardziej stonowanej kolorystyce pewnie byłoby to bardziej widoczne, ale tutaj pasuje do konwencji.

Efekty są całkiem niezłe, a przyzywanie mocy wygląda świetnie. Kiedy Adam pierwszy raz zmienił się w He-Mana, miałem ciarki na rękach.

Nie mogę też nie wspomnieć o kostiumach, które są po prostu znakomite. Szkieletor i He-Man wyglądają jak figurki ze sklepowych półek. Nikt nie próbował na siłę zmieniać ich wyglądu. Wyglądają jak postacie, o których za dzieciaka marzyłem. To kolejny przykład, że twórcy wiedzieli, jaki film robią, i nie próbowali wciskać własnych udziwnień.

Soundtrack zostaje w głowie

Ogromnym plusem Władców Wszechświata jest muzyka skomponowana przez Daniela Pembertona. Soundtrack jest genialny i zawiera sporo gitarowych riffów, które zostają w pamięci. Główny motyw muzyczny towarzyszy mi codziennie od seansu, bo brzmi znakomicie.

W muzyce słychać lata 80., co świetnie pasuje do klimatu filmu. Soundtrack bardzo dobrze komponuje się ze scenami, a momentami sceny walki i muzyka tworzą niemal teledysk z MTV.

He-Man wraz z załogą!
© 2026 Amazon MGM Studios Content Services LLC

To dla kogo jest ten film?

Dla Twojego wewnętrznego dziecka, które w młodości uwielbiało oglądać animację Władcy Wszechświata. To dobre kino rozrywkowe. Kolorowe, zabawne, efektowne i bardzo, ale to bardzo nostalgiczne. Jeśli w młodości lubiłeś He-Mana, a może dalej darzysz go sympatią, ten film może Ci się spodobać.

Nie jest to kino wybitne, a ta konwencja na pewno nie zadziała na każdego. U nas na sali widziałem, że jedna para wyszła w trakcie seansu. Jeśli jednak podobały Ci się takie lekkie, przygodowe filmy jak Dungeons & Dragons: Złodziejski honor czy Thor: Ragnarok, to przy Władcach Wszechświata możesz bawić się dobrze.

Trzeba tylko obudzić w sobie wewnętrzne dziecko i nastawić się na kino pełne rozrywki, ale niekoniecznie mające sens. Nie jest to film, o którym będziesz rozmyślał godzinami. Może nawet 20 minut po seansie zaczniesz myśleć o czymś innym. Ale przez te dwie godziny możesz bawić się całkiem dobrze.

Tak jak ja.

Co myslisz? Daj znać w komentarzu!

Subskrybuj
Powiadom o
guest

0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze